poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Liebster Blog

W zeszłym tygodniu od Queen Margot otrzymałam nominację do Liebster Award, za co jej serdecznie dziękuję. Odpowiedzi na pytania – i wymyślanie własnych – przyniosło mi dużo frajdy (i odrobinę frustracji ;))


Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia.  Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań, otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

A oto moje odpowiedzi na pytania:
 
1. Która lektura z dzieciństwa miała na Ciebie największy wpływ?
„Ronja, córka zbójnika” Astrid Lindgren. Myślę, że Ronja miała na mnie ogromny wpływ, a do tego Pupiszonki i Wietrzydła! Kochałam ją zawsze.

2. W świat jakiej książki chciałbyś/-abyś się przenieść?
Sama nie wiem, który ma priorytet. W dzieciństwie przodował „Władca Pierścieni” ex aequo z „Trzema muszkieterami”. Chwilowo pomyślałam o „Kole Czasu” Roberta Jordana, ale to dlatego, że aktualnie je czytam. Gdzie naprawdę chciałabym się przenieść? Do Krainy Czarów.

3. Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że Polacy mało czytają?
Tak sądzę. Nie mam aż tak wielu znajomych, z którymi mogłabym porozmawiać o książkach, ale w skali całego kraju muszę zawierzyć, że któryś spec od statystyk jednak przygotował je porządnie.

4. Gdzie kupujesz książki (Empik, antykwariat, internet)?
Zazwyczaj w dużych księgarniach, czasem zamawiam książki przez Internet, ale zbyt lubię dotykać książek przed zakupem i wybrać ten szczególny, mój egzemplarz, żeby rezygnować z tego. Przez Internet zazwyczaj zamawiam książki, które trudno dostać, oraz angielskojęzyczne pozycje.

5. Którą książkę ze swojej prywatnej biblioteczki uważasz za najbardziej wartościową?
Chyba „Mahabharatę”. Tak bardzo chciałam ją zdobyć i przeczytać; okazała się warta włożonego w to wysiłku (oraz przeuroczym dowodem na to, że historię piszą zwycięzcy).

6. Ekranizację jakiej książki najbardziej chciałbyś/-abyś zobaczyć?
„Lwów Al-Rassanu” Guya Gavriela Kaya. Głównie dlatego, że po przeczytaniu na okładce, że ekranizacja będzie, jakoś się na nią nastawiłam.

7. Czy zdarza Ci się podczytywać książkę czytaną przez kogoś w środku publicznego transportu?
A to nie tylko ja tak mam? :P Regularnie to robię, a przynajmniej próbuję podejrzeć okładkę.

8. Jakie czasopisma/magazyny, niekoniecznie związane z książkami, lubisz czytać najbardziej?
National Geographic, Świat Nauki, National Geographic Traveler.

9. Co, oprócz czytania książek lubisz robić w wolnych chwilach? Czy masz inne pasje, oprócz prowadzenia bloga oczywiście? :)
Pisać! Przede wszystkim pisać!
I zwierzęta… Opieka nad nimi jest moim celem życia.
Są oczywiście inne zajęcia w wolnych chwilach: szydełkowanie, nauka rysowania, rosyjski… Ale pasje tylko dwie.

10. Podziel się ciekawym cytatem z obecnie czytanej książki.
To było dla mnie trudne. Mam za to dwa cytaty i nie wiem czy którykolwiek będzie uznany za ciekawy. Robert Jordan i Brandon Sanderson, 13 tom Koła Czasu w wersji angielskiej, „Towers of Midnight”:
I. „There are always things of use around, if you look closely enough. You can’t stare at them too long. To learn but not be overwhelmed, that is the balance.”
II. “The axe only kills, (…) but the hammer can either create or kill. That is the difference”.

11. Czy masz swoją ulubioną okładkę?
Kiedyś moją ulubioną „okładką” była seria „Dzieci Ziemi” Jean Auel. Tomy zestawione grzbietami układały się w ładny krajobraz. Bardzo podobają mi się reprinty, nie tylko z powodu okładek, ale za całokształt wydania. Ponadto uważam, że angielskie wersje książek Murakamiego są bardzo ładne i pasują do powieści. Z moich własnych książek obecnie wybrałabym chyba Neila Gaimana „Gwiezdny Pył” w tej oprawie, oraz tych „Amerykańskich bogów”.

Mam też swoje pytania przygotowane dla nominowanych przeze mnie (choć póki co nie ma ich jedenastu, a jedynie jeden. A nuż się uzbiera z czasem).
Póki co pytania dla:
Miyi z http://among-the-worlds.blogspot.com/ (aczkolwiek sądzę, że odpowie chętnie na drugim swoim blogu. Poproszę o linka do notki w komentarzu :))


1. Do jakiej książki najczęściej wracasz?
2. Ostatnia książka którą czytałaś (czytasz) trafiła w twoje ręce przypadkiem, czy planowałaś jej przeczytanie?
3. Jaką książkę (z tych, które znasz osobiście) chciałabyś przeczytać jako pierwszą w życiu?
4. Czy istnieje gatunek którego nie czytujesz, a mimo to jakaś pozycja z niego zaskoczyła cię pozytywnie?
5. Do jakiej postaci chciałaś się upodobnić w dzieciństwie?
6. Z jakiej książki lepiej byłoby zrobić orgiami niż ją wydać? :P
7. Czy jest taka ekranizacja książki, której żałujesz, że powstała?
8. Do jakiej powieści (historii) chciałabyś dopisać dalszy ciąg?
9. Wolisz kupować czy wypożyczać?
10. Czy jest cytat z książki, który zapamiętałaś/zapisałaś i masz go do tej pory?
11. Co możesz powiedzieć dobrego o książce, którą czytasz obecnie?

piątek, 9 sierpnia 2013

Wczytana w powieść

Młyn nad Flossą, George Eliot

Tak niewiele mam do powiedzenia: że poleciłabym ją każdemu, kto lubi opisy przyrody w „Nad Niemnem” (a wiem, że istnieją tacy ludzie); tym, którym nie przeszkadzają dygresje, wolniutko tocząca się akcja i dywagacje; że jest piękna i smutna; że jednocześnie napisana została z humorem i przenikliwością, a z tego powodu fragmenty powieści odczytywałam innym; że jest o wyjątkowo zwykłych ludziach, nie bardzo biednych ani bardzo bogatych, i o środowisku małomiasteczkowym. Że podobało mi się powolne brnięcie z jednej strony powieści na drugą i że zauroczyła mnie całkowicie.

A jednocześnie nie czuję się kompetentna do pisania o tej książce. Ta krótka notka jest spowodowana pragnieniem, by nie została zapomniana. Myślę, że warta jest czytania i wracania do niej, jak wiele powieści XIX wieku, które wciąż i wciąż mnie przyciągają. Cenię sobie uwagi dotyczące osobowości i charakterów ludzi, oraz przeuroczy i błyskotliwy sposób ich opisania.  Chciałabym czytać takich pozycji więcej i więcej, bo czuję się przez nią wzbogacona, choć nie jest to trudna powieść.

Chciałabym, aby była czytana.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Zagadki czasoprzestrzeni cz. II: Paradoksy czasowe a grawitacja

Ruiny, Tropiciel tom II, Orson Scott Card

Mój umysł oszalał z radości.
Nadszedł ten wyczekiwany od miesięcy moment, kiedy mogłam kupić kontynuację „Tropiciela” Orsona Carda (recenzja I części tutaj). Przez chwilę zastanawiałam się, czy przypomnę sobie o co chodziło, minęło wszak trochę miesięcy i trochę książek. Ale pierwsze strony niezawodnie odświeżyły moją pamięć. Autor nie przypomina nam treści pierwszego tomu, ale same imiona bohaterów i wspomniane miejsca przywoływały moje wspomnienia.
Wciąż jest to świetna łamigłówka i pożywka dla umysłu i ciężko będzie mi dodać coś, czego nie napisałam już o „Tropicielu”. Jedynie sprawy komplikują się coraz bardziej i czasem rozważania logiczne bywają bardziej skomplikowane (chociaż nie powiedziałabym, że trudniejsze).
A ten cytat uznałam za uroczo autoironiczny: „Goście z Ziemi nie wierzą w istnienie podróży w czasie. Wszystkie ich teorie stwierdzają, że to niemożliwe, że wasze zmiany przeszłości to autodestrukcyjne pętle, które nie mogą się wydarzyć.”
Jest wszystko, co było poprzednio: zagadki, humor, lekkość pióra i ciekawe myśli, po części rozwinięcie poprzednich (powiązanie czasu i grawitacji), po części stworzenie nowych perełek i konceptów (jeden o wojnie bardzo mi się spodobał i myślę, że jest interesującym przytykiem do naszego świata, ale nie będę go cytować, bo zaraz rozpędzę się zanadto i zamiast opinii będzie zbiór cytatów).
Ale tym razem przede wszystkim skupiłam się na cudownym studium charakterów. Akcja toczy się z perspektywy różnych bohaterów, a my przeskakujemy między ich punktami widzenia. Narracja jest fantastycznie poprowadzona; naprawdę widać różnice w sposobie myślenia, ale i formułowania zdań między poszczególnymi osobami. I ot, przemyślenie: jak łatwo znając czyjeś myśli, rozumieć jego motywy bądź być dla niego wyrozumiałym. Poznajemy te myśli, ale pozostali bohaterowie nie, co powoduje konflikty, niezrozumienie, bądź zupełnie błędne wytłumaczenie sobie zachowania innych osób w grupie. To świetne ujęcie, rewelacyjnie rozpisane. Fascynujące studium interpersonalne. Spodobała mi się ta idea, że z jednej strony poznajemy myśli bohaterów, a z drugiej strony tak wyraźnie możemy obserwować brak tej wiedzy u innych.  Doceniam też kunszt warsztatowy, który zagwarantował, że czytałam to z taką ciekawością.
Poza tym bohaterowie są tacy prawdziwi.
Chciałam też zaznaczyć, że nie przewidziałam zakończenia (żeby tylko zakończenia…) i nie wiem, co dalej może się wydarzyć. Jak bardzo chciałabym trzeci tom! Skończyłam czytać z „TERAZ? Nie możesz teraz skończyć!”, „Co dalej będzie?!” i „Kiedy premiera trzeciego tomu?”. Podejrzewam, że autorzy są wyjątkowo zadowoleni z takich reakcji czytelników. Ja nieco mniej, bo nie wiem, kiedy ta premiera może być…
(Znów niby znalazłam błąd, który po przeczytaniu całej książki umiałam sobie wytłumaczyć. Czy to będzie już reguła?)

Podsumowując: jest to wyrównana, bardzo dobra kontynuacja, na ile tylko mogę to stwierdzić, nie czytając jednej książki po drugiej. Jestem bardzo, bardzo zadowolona.
Tylko nie wiem, co mają okładki tej serii do jej treści. Aczkolwiek wyglądają ładnie.

środa, 19 czerwca 2013

Mukashi banashi

Bezpowrotna góra. Baśnie japońskie, Zbigniew Kiersnowski

Uwielbiam baśnie. A gdy tylko ukazała się pierwsza książka z serii Baśnie Świata wydawnictwa Media Rodzina (był to „Żółty Smok”), zakochałam się w tej serii.
Jedyne, czego bym pragnęła, to aby wszystkie tomy były równie grube jak pierwszy. Im więcej baśni, tym lepiej.
Japońskich baśni jest 21, a wiele z nich uroczo znajomych; przypominają mi Kopciuszka, Szklaną Górę – w całości, albo jedynie we fragmentach. Ale nawet w tych podobnie brzmiących historiach, których motywy są znajome, szczegóły są wciąż interesujące i przyciągają uwagę. Chciałabym też zaznaczyć za autorem, że „nie jest to bezpośrednie tłumaczenie – raczej nowa interpretacja oparta wyłącznie na oryginalnych japońskich źródłach”.
Chociaż chciałabym, aby ktoś mi wyjaśnił, o co tak dokładnie chodziło w pierwszej z nich. Czegoś w zakończeniu poważnie nie rozumiem.
Zachwycając się samymi baśniami, nie mogę nie wspomnieć o graficznej stronie książki, a jest ona (podobnie jak pozostałe zbiory baśni z cyklu) przepięknie wydana i ilustrowana. Przyjemnie jest na nią patrzeć – co robię właśnie w tej chwili.


A same baśnie to w większości podróże. Do Ogrodu Niebios, do Krainy Zmarłych, do innych królestw, na Bezpowrotną Górę, albo wyspy potworów. Z 21 baśni, chyba tylko w trzech wędrówka przez świat (światy) nie była ważnym elementem historii. Dlatego będzie to pierwsza z podróży na kraniec świata.
Notka króciuteńka, ale cóż pisać o baśniach… Kto lubi (i nie ma sporego zbioru japońskich baśni, co by nie wzdychał co chwila, mówiąc, że już to zna; no, chyba, że lubi szukać różnic w tych samych historiach), niech spróbuje.
Co do tytułu notki, Mukashi banashi to podobno baśnie po japońsku, inaczej opowieści o tym jak to było dawno dawno temu i działo się hen, za górami, za lasami. Tak twierdzi autor, a ja nie mam powodu mu nie wierzyć.

piątek, 24 maja 2013

Wiły


Tytułem wstępu: Opowiadanie napisałam na konkurs Dni Fantastyki pt. „Klasyczna baśń w nowoczesnym wydaniu", który to temat jest wyjątkowo obszerny i ogólny. Wybrałam "Kwiat paproci" i tak powstało niniejsze opowiadanie, które w założeniu miało być krótkie - i jest. Nie jestem pewna czy miało być opowiadaniem erotycznym, ale się nim stało i tym sposobem powstało moje pierwsze opowiadanie erotyczne w życiu. Sama nie wiem co o tym myśleć. Wciąż nie znalazłam dobrego tytułu, dlatego jest taki, jaki jest.


 

- Chodź z nami – szepnęła dziewczyna. Chociaż chowała się za krzakami jeżyn, Jackowi wydawało się, że nie ma na sobie ani skrawka ubrania. Blada skóra wyróżniała się w nocy i pobudzała jego wyobraźnię. Nerwowo przełknął ślinę. Podejrzewał, że jest rusałką.
- Z wami?
Z szelestem odsuwanych gałęzi za plecami dziewczyny pojawiły się kolejne dwie panny, najwyraźniej siostry pierwszej. Chichotały i zerkały na niego z ciekawością. Piersi jednej z nich były doskonale widoczne, a ogień kupalnych ognisk nadawał jej skórze ciepłą barwę. Stanęła obok siostry. Poczuwał oblewającą go falę gorąca.
- Chodź, będziemy się świetnie razem bawić. – Uśmiechnęła się szeroko. Na długich, rozpuszczonych włosach nosiły wianki z polnych kwiatów, a oczy skrzyły się życiem, ogniste, namiętne. Zauważył to, gdy udało mu się oderwać uwagę od jasnej, gładkiej skóry i sterczących sutków. Musiały być rusałkami. Ponownie przełknął ślinę, a wtedy pierwsza podeszła o krok i zapraszająco wyciągnęła do niego rękę. Zdecydowanie była naga; teraz mógł dojrzeć zarys jej lewej piersi i kształtną linię biodra. Uśmiechnęła się łobuzersko, a w jasnych oczach migotało ognisko. Z westchnieniem chwycił wyciągniętą dłoń, a wszystkie trzy zachichotały. Obejrzał się jeszcze, ale nikt ze zgromadzonych wokół ogniska ludzi nie zerknął nawet w ich stronę. Pociągnęły go niecierpliwie, więc posłusznie ruszył za nimi w głąb lasu. Tak jak sądził, wszystkie były nagie. Nie zdołał stłumić kolejnego westchnienia.
- Chodźmy głębiej, by nikt nas nie słyszał. – Najmłodsza uśmiechnęła się kusząco pełnymi wargami. W tym samym momencie poczuł pod koszulą ciepłą dłoń. Trzecia schwyciła go za rękę. W lesie ich skóra straciła ciepłą barwę, ale blade wciąż były dość dobrze widoczne i piękne.
Dłuższy czas przedzierali się przez las, który plątał stopy, łydki i kolana, zatrzymując ich bogactwem krzewów, nisko płożących się malin,  paproci i korzeni. Jacek z trudem brnął naprzód, nie mogąc się skupić na omijaniu przeszkód, gdy ręce dziewcząt zdawały się żyć własnym życiem na jego ciele, a jedna musnęła twardą wypukłość w spodniach. Jęknął, a one roześmiały się ponownie; nie słyszał nic poza ich śmiechem, a siostry przykładały jego dłonie do swoich piersi, ściskając je i gładząc.
Gdy wędrówka zaczęła przypominać okrutną torturę, jedna zatrzymała się.
- Może tutaj? Mamy dywan z paproci.
Przytaknęły i spojrzały na niego pytająco.
- Gdziekolwiek – odpowiedział słabym głosem. Roześmiały się; ciągle się śmiały, co było dziwne, ale i urocze. Okrążyły go, ściągając mu koszulę i rozsznurowując spodnie. Przyciągnął jedną bliżej, zsunął dłoń z jej piersi niżej, a ona jedynie oblizała się lubieżnie. Nawet w lesie ich oczy wydawały się iskrzyć.
Druga popchnęła go, a wywracając się pociągnął za sobą wszystkie. Wylądowali dość miękko na grubej warstwie paproci, z trzaskiem pękających łodyg. Zapiszczały, zaskoczone, ale chwilę później już kontynuowały pieszczoty. Widział przed sobą ich splątane w nieładzie włosy, kołyszące się pełne piersi. Złapał za pośladek klęczącą obok dziewczynę i ścisnął ją, sięgając niżej. Z drugiej strony jej siostra przysiadła na piętach i wychylając się w tył, rozchyliła uda. Sięgając do niej drugą ręką, poczuł na sobie miękkie, gorące usta i jęknął. W tym momencie dłoń zaplątała mu się w jakąś roślinę. Szarpnął ręką, próbując się uwolnić, ale wydawało się, jakby każdy palec z osobna splótł się z łodyżką. Szarpnął ponownie, przekręcając głowę, by spojrzeć na roślinę, która go zatrzymała. Dziewczyna zerknęła w ślad za jego spojrzeniem i sapnęła, zaskoczona.
- Znalazłeś kwiat paproci!
W tym momencie udało mu się urwać nieszczęsną roślinkę, która omotała mu palce. Przybliżył ją do oczu, a siostry przyglądały mu się w nabożnej ciszy.
Pięć płatków mieniło się złoto nawet w ciemnościach, a środek zdawał się śmiać do niego. Jacek podparł się na łokciu, patrząc na dziewczyny.
- Kwiat paproci? Ten kwiat? Poważnie?
Przytaknęły, a jedna wskazała obok jego głowy.
- Stamtąd go zerwałeś. Z paproci. Widać łodyżkę. Paprocie nie mają kwiatów.
Obejrzał się i przyjrzał uważnie. Urwana łodyżka na wyciągnięcie ręki. A w ręku trzymał kwiat, jakiego nigdy nie widział. Kwiat śmiał się i błyskał złotawo do Jacka.
- Musisz go zabrać ze sobą. – Najmłodsza z sióstr, siedząc okrakiem na jego udach, wpatrywała się z przejęciem.
- Jasne – odpowiedział i na chwilę położył go na piersi, rozglądając się za koszulą. Ledwo go położył, kwiat momentalnie przylgnął do skóry.
- No tak. Teraz go nie zgubię. – Dziewczęta zachichotały. Jednak gdy sięgnął dłonią do jednej z nich, nie były już tak chętne, jak wcześniej, a ich oczy patrzyły złowrogo. Zmarszczył brwi i chciał coś powiedzieć, gdy uderzyła go przenikliwa cisza, jaka zapanowała w lesie. Usiadł, rozglądając się niespokojnie.
Zaraz za nim, nieco tylko zasłonięta przez drzewa, znajdowała się polana. Ogniska strzelały iskrami aż po rozgwieżdżone niebo. Rusałka wciąż trzymała dłoń płanetnika, z którym skakała przez ogień, a teraz wpatrywała się w Jacka i otaczające go dziewczęta wielkimi, przerażonymi oczami. Była do nich podobna, drobna, naga, z wiankiem z ziół na jasnych włosach. Wokół ogniska Jacek widział czarownice, ogniste latawce, upiory, strzygi i wodniki, liczne skrzaty i płaczki, a w głębi polany z przerażeniem dostrzegł pięciogłowego smoka. Wszyscy stali w bezruchu, wpatrując się w Jacka. Wokół ogniska, na olbrzymich paprociach kwitły drobne, kolorowe kwiaty, niepodobne do złotego kwiatu na piersi Jacka. Dziewczęta przy jego boku wstały.
- Nie rozumiem – powiedział, w osłupieniu obserwując leśne ognisko. Nim zdążył cokolwiek pojąć, kwiat zapuścił korzenie wprost do jego serca. Nie dostrzegł tego od razu, obracając się do sióstr.
Stały, obserwując go z zadowoleniem. Ich piękne twarze miały złośliwy, okrutny wyraz, a wśród zdeptanej roślinności widać było dobrze ich nogi, poniżej kolan zmieniające się w kozie.
- Wiły – szepnął.
Najstarsza przytaknęła z uśmiechem. Nachyliła się do niego.
- Kwiat może ci dać, czego zapragniesz. Pamiętaj tylko, że z nikim nie wolno ci się tym dzielić.
Korzenie głęboko w jego sercu nie pozwoliły mu zaprotestować. Więcej, czuł zadowolenie, że spotkanie z wiłami skończyło się dla niego tak szczęśliwie. Tylko smutne oczy rusałki niepokoiły go przez chwilę.

W ciągu kilku lat we wsi wszystko się zmieniło. Tajemniczym sposobem Jacek został panem i zamieszkał we dworze. Ludzie szeptali o nieczystych mocach, ale bali się odezwać głośniej. Kiedy ojciec przyszedł z prośbą o pomoc, Jacek milczał, jakby miał żelazny pancerz zamiast uczuć. Gdy ojciec odszedł, Jacek pił, hulał i wychłostał paru ludzi dla poprawy nastroju, a kwiat mocno ściskał mu serce.
Najpierw umarł ojciec, potem matka i siostra Jacka, z biedy, chorób i ciężkiej pracy. Nikt nie przekazał mu wieści, a on nie pytał o rodzinę, kiedy kolejne kapele przygrywały do tańca, zagłuszając krzyki bitych i poniewieranych.
Aż ludzie zbuntowali się, z widłami wdarli do dworu, rozsiekali pana, co dawniej wieśniakiem był jak oni, a gdy na wszelki wypadek serce przebijali kołkiem, nie zauważyli, jak zasuszony kwiatek odpadł od martwej już skóry Jacka.
Wiły tańczyły na jego grobie, śmiejąc się serdecznie.

wtorek, 14 maja 2013

Kwantowa natura świadomości

Rozgwiazda, Peter Watts
Trylogia ryfterów, t.I

Muszę napisać tę opinię szybko, żebym mogła zacząć czytać kolejny tom.
I to właściwie jest bardzo dobra rekomendacja.

Czytałam swego czasu najsłynniejszą chyba książkę Petera Wattsa, „Ślepowidzenie”, a Trylogia ryfterów korciła mnie już od długiego czasu. Mówiłam już kiedyś, że zasadniczo nie przepadam za science-fiction, prawda? Ale jeśli coś już mi się z nurtu s-f spodoba, na ogół jest to od razu oczarowanie.
Już wstęp, skierowany do polskich czytelników, okazał się przystępny, zabawny, rozbrajająco szczery i sporo wyjaśniający, jednym słowem, spodobał mi się. Polecam przeczytać go przed rozpoczęciem samej powieści, zarówno dla tych, którzy znają „Ślepowidzenie”, jak i dla tych, którzy rozpoczynają znajomość z tym autorem. Myślę, że jest wart poświęcenia mu tych kilku minut.
Na przykład ten rarytasik: „Jeśli twoje dzieło okazuje się zbyt mroczne dla Rosjan, wiesz już, że osiągnąłeś pewien kamień milowy”.
Chociaż podczas czytania pierwszych kilku stron uznałam, że będzie to raczej czytadełko; coś, co mnie raczej nie wciągnie i zewsząd będzie krzyczeć „to moja pierwsza powieść!”. Cóż, myliłam się. I chyba trudno już pomylić się bardziej.
Sama nie wiem, co zrobiło na mnie większe wrażenie: dramat psychologiczny, czy morskie ekosystemy i ich konsekwencje. Tu zaznaczę, że Peter Watts jest biologiem morskim i wiedział o czym pisze, przynajmniej w tej drugiej kwestii. Ja osobiście nie znam się na psychologii i nie wiem, na ile opisane zaburzenia, traumy i reakcje są prawdziwe, dla mnie w każdym razie brzmią prawdziwie i są przejmujące. A wszystkie rozważania na temat biologii są, ach, zachwycające! Mój umysł odnalazł fascynującą pożywkę. Cudo!
Tym sposobem prawdopodobnie wszyscy się już zorientowali, że powieść dotyczy ryftów oceanicznych.
Ale przede wszystkim powieść jest niezwykle… hermetyczna. I to właśnie czyni ją mroczną, na równi z psychologią bohaterów i pewnym… zawiłym wydarzeniem biologicznym.
O której to hermetyczności autor wspomina we wstępie: „Pod pewnymi względami starałem się nie szarżować; nie będąc pewnym swoich umiejętności składania słów, umieściłem bohaterów w mikrokosmicznej bańce, odciętej od poplątanych zawiłości szerokiego świata”. Raczej nie musiał obawiać się o swoje umiejętności, ale „bańka” historii nie zaszkodziła, wręcz przeciwnie, uczyniła ją niesamowitą.
Nie mogę nie wspomnieć o tym, jak bardzo dopracowana jest ta historia. Pod chyba każdym możliwym względem. Jednym z wielu interesujących szczegółów jest ten zawarty w tytule notki: kwantowa natura świadomości człowieka. Pierwszy raz spotkałam się z tą hipotezą i urzekła mnie, zachwyciła, oczarowała. Tu muszę dodać, że nie wymyślił jej autor, ale w bibliografii podał źródła swojego natchnienia: Roger Penrose „The Emperor’s New Mind” i „Shadows of the Mind”.
Dodając szybko, że równie urocza jak wstęp jest też bibliografia (co jak zawsze doceniam i zademonstrowałam powyżej), przepraszam za krótką notkę, ale książka nie jest też szczególnie długa, a mnie spieszno do drugiego tomu. Jeśli tego nie zrobię, rozpiszę się z kolei o fascynujących pomysłach z powieści i zaspoileruję rzeczy, które lepiej, abyście odkryli z pierwszej (no, może drugiej, biorąc pod uwagę bibliografię) ręki.
Żałuję jedynie, że nie ma polskiego słowa na „spreading”.

sobota, 11 maja 2013

Małpy o małpach: czy umiemy się zrozumieć?

Szympansy z azylu Fauna, Andrew Westoll

Właściwie nie do końca wiem, co napisać o tej książce. Myślałam, że będzie inaczej. Że skoro temat jest mi bliski, pisałam magisterkę o szympansach i gorylach, skoro obserwowałam je przez wiele godzin i przeczytałam parę interesujących książek, będzie to kolejne wspaniałe doświadczenie.
Z pewnością nie jest to książka dla mnie.
Nie chcę jej dyskredytować. Opowiada ważną historię, którą też chciałabym widzieć rozpowszechnioną, aby zwiększyć ludzką świadomość. Tym bardziej jest to pozycja wartościowa na polskim rynku, że niewiele książek o małpach człekokształtnych zostało przetłumaczonych na język polski.
Napisał tę książkę biolog, specjalista od ssaków naczelnych, który później został pisarzem. Kilka miesięcy spędził w miejscu niezwykłym – azylu Fauna, gdzie (między innymi) znajduje się obecnie jedenaście szympansów, które przeszły na „emeryturę” po latach (często dziesiątkach lat) spędzonych w laboratoriach biomedycznych. To reportaż o ich życiu, osobowościach, o tym, jak radzą sobie z traumą, którą przeżywały przez większość swojego życia, czasem już od pierwszych dni po narodzinach. O tym, jak wygląda życie szympansów w laboratoriach  i z czym później muszą sobie radzić. Jest to kolejny głos w kampanii na rzecz ochrony małp człekokształtnych. I jestem za tym całym sercem.
Skąd więc moje opory przed entuzjastyczną opinią? Dodatkowo książka zgarnęła nagrodę Charles Taylor Prize.
Być może spodziewałam się za dużo.
Najmniejszym z problemów był brak „tego czegoś” w stylu pisania. Warsztat był bez zarzutu, ale nie porwał mnie, choć powinien. Być może coś zaginęło w tłumaczeniu, być może wina po części leży po mojej stronie – sporo na ten temat wiem, i nazwiska przewijające się w tej książce, takie jak Yerkes, de Waal, Fouts, Singer, nie wspominając o znanej wszystkim Jane Goodall, nie są mi obce. Wiele rzeczy, zamiast być dla mnie nowością, było jedynie potwierdzeniem tego, co już wiedziałam. Oczywiście, same historie szympansów są wyjątkowe i nie wyobrażam sobie, że kiedykolwiek mogłoby mi się znudzić czytać o małpach człekokształtnych.
W książce jest też dużo powtórzeń. Jest rodzajem agitacji, co może nie jest niczym złym. Wydaje mi się jednak, że za dużo w tej historii ludzi, a za mało szympansów; z drugiej strony, faktycznie to ludzie są motorem działań, które sprawiły, że szympansy znalazły się w azylu, zamiast pozostać (lub narodzić się) w Afryce.
Może dlatego, że przeczytałam sporo innych książek i obserwowałam szympansy, najbardziej brakuje mi opisu ich zachowań. Na podstawie opisów w książce, moim zdaniem szczątkowych, nie umiałabym sobie ich wyobrazić. Mamy do czynienia bardziej z przeżutą papką, przedstawiającą gotowe wnioski, wynikłe z zachowania zwierząt, a nie samo zachowanie; głównie informacje, że można to wszystko odczytać z ich mowy ciała.  Owszem, jest napisane, że jeden z nich klaskaniem zwraca uwagę, że czegoś by chciał, a inny wydaje specyficzny dla niego odgłos. Ale to wszystko jest dla mnie niewystarczające. Jak wspomniałam wcześniej, koncentruje się na ludziach. Wydaje mi się, że w gruncie rzeczy niewiele dowiadujemy się o tym, jak autor spędzał czas ze zwierzętami, i co z tego wyniósł, poza metafizyką.
Najbardziej jednak zawiodłam się w innym momencie. Kiedy autor, który całą książkę przekonuje czytelników o nieuzasadnionej barierze, którą stawiamy między sobą a innymi małpami człekokształtnymi, o tym, jak kolejne atrybuty, które uważaliśmy za typowo ludzkie – jak wytwarzanie narzędzi, samoświadomość, empatia – okazały się także przynależne zwierzętom, a więc gdy autor, który siłą rzeczy podkreśla naszą nie-wyjątkowość, pisze następujące zdanie, pozostaje tylko żal i smutek:
„Kiedy nauka ostatecznie unieważni granicę odgradzającą nas jeszcze dzisiaj od małp człekokształtnych, być może właśnie to poszukiwanie pozostanie jednym z niewielu elementów, który – co do tego nie ma chyba sporów – charakteryzuje wyłącznie ludzi. Zadajemy pytanie: „dlaczego?” Szukamy sensu. Znajdujemy cel w życiu, poruszając niebo i ziemię w poszukiwaniu go.”
Innymi słowy: kiedy nauka unieważni granicę, my postawimy nową. „Co do tego nie ma chyba sporów”? Naprawdę?
Wtedy straciłam serce dla tej książki. Wcześniej zastanawiałam się jedynie, jak odebrałby ją ktoś, kto nigdy wcześniej nie czytał o małpach człekokształtnych.
I choć bardzo chciałabym reklamować „Szympansy z azylu Fauna”, bo sprawa jest ważna i w pełni popieram potrzebę ochrony i zrozumienia małp człekokształtnych, to jednak… Mam jedynie nadzieję, ze dla ludzi pierwszy raz stykających się z tematem przemówi bardziej i uwrażliwi.
Poniekąd wychodząc z założenia - lepiej ta książka, niż żadna.
Jednak wszystkim, którzy mają takie możliwości i są zainteresowani tym ile i czy w ogóle coś różni nas od małp człekokształtnych polecam inną książkę, która została wydana w Polsce i być może można znaleźć ją w bibliotekach czy antykwariatach: