niedziela, 12 października 2014

Wojownicy z Północy

Miecze dobrych ludzi, Snorri Kristjansson

Nie lubię pisać złych opinii – zawsze czuję się nie dość kompetentna, żeby  krytykować innych ludzi. Ale obiecałam napisać tę konkretną opinię o tej konkretnej książce i niestety, nie umiem napisać jej inaczej.

Chodząc po księgarni, zobaczyłam książkę, której tytuł co prawda nie przykuł mojej uwagi, ale brzmiące islandzko nazwisko autora już owszem. Na okładce przeczytałam, że autor urodzony w Rejkiawiku spędził 7 lat w Norwegii, a sama książka (1 tom cyklu) jest o wikingach. Koniec X wieku. Pomyślałam sobie, że to może być ciekawe, w końcu Snorri Kristjansson pewnie wyrósł na skandynawskich sagach i legendach, czytanych do poduszki. Pewnie czuje w kościach to, co pisarze z innych kręgów kulturowych z trudem mogą sobie wyobrazić. A potem doczytałam, że w powieści pojawia się Olaf Tryggvasson. Nie zastanawiałam się chwili dłużej.
Z perspektywy lektury mogłabym napisać „A szkoda”, ale zdaję sobie sprawę, że gdybym jej wtedy nie kupiła, wciąż zastanawiałabym się, jaka to ciekawa lektura mi umknęła.
Długo dawałam jej szansę, gdzieś do dwóch trzecich powieści wciąż czekając, aż mnie zaskoczy, ale bez rezultatu.

Właściwie nie ma tu żadnych opisów. Nic, co pozwala sobie wyrobić zdanie o kulturze, sposobie życia, wyglądzie bohaterów, poza kolorem włosów i oczu.
Właśnie. Kolor włosów i oczu. Tak pisałam, mając lat 10, i mając lat 15 pewnie też. Nie tylko ja, to chyba jakiś charakterystyczny punkt dla wszystkich piszących dzieciaków – przy opisie postaci trzeba podać kolor włosów, kolor oczu… i to właściwie na tyle. Ach, napisać, że jest przystojny/piękna.
Odruchowo sprawdziłam rok urodzenia autora. 1974. Rok wydania książki w oryginale: 2013. Mógłby już z tego wyrosnąć. Natomiast do wspomnianych cech dodaje jeszcze czasem opis budowy: barczysty/wysoki/chudy/stary.
Jedyny bardziej rozbudowany opis czegokolwiek dotyczył wałów otaczających miasto. Gdyby nie skandynawskie imiona, mogłabym sobie wyobrazić, że akcja toczy się w: północnej Wielkiej Brytanii, Germanii, dowolnych krajach nadbałtyckich – wszystkich z dostępem do morza i gdzie jest na tyle chłodno, by ubierać się w futra. Tylko pod „drakkary” trzeba by podstawić „statki”.
Muszę książce oddać jeden, poniekąd pozytyw: jest bardzo równa. Jak się słabo zaczęła, tak się słabo kończy. W żadnym momencie nie jest lepsza, ani też gorsza, niż wcześniej. Rozwiały się moje nadzieje, że autor się rozkręci.

Potem było to (uwaga, będą przekleństwa; ale nie moje, tylko autora):
"- Włóżcie w to więcej kutasa, wy leniwe, skundlone, obesrane, kurwie syny!
Skargrim słuchał, jak Thora łaja pracujących żołnierzy. Jak zawsze, słownictwo jego zastępczyni zdumiewało go ponad miarę. Thora była wyjątkowo twórcza."
…naprawdę?

To też mi pachnie nastolatkiem, muszę powiedzieć. Trzeba przekazać czytelnikowi, jak powinien się czuć po danych tekstach. Przecież miało być twórczo.
"- Który jeszcze, wy poparszywiałe ścierwa, capy z bulwiastymi gałami, zasikane lizusy, dupy bezpańskich psów...
Skargrim pokiwał głową. Nieraz już to widział. Thora porywała widownię niczym wędrujący skald."
Tak się składa, że ja osobiście czytałam np. sagę o Egilu.

Kolejny typowy przykład młodzieńczego pisania:
"Kapitanowie ustawili się w szeregu na czele swoich ludzi.
Thrainn, wyprostowany jak struna, silny.
Ingi, wyrachowany, oceniający szanse.
Hrafn o okrągłych oczach, z nieustannym uśmiechem na ustach.
Egill, nucący coś wesoło pod nosem.
Skargrim."
Też się kochałam w takich wyliczankach. Są szczególnie zabawne, gdy zdajemy sobie sprawę, że każdą z tych postaci poznaliśmy już wcześniej. Ale my, młodzi autorzy, jesteśmy tacy dumni z naszych bohaterów, wyobrażamy ich sobie stojących razem, silnych, dumnych i dzielnych (albo pięknych i charyzmatycznych, zależnie od treści) i nie możemy sobie odmówić takiego nastrojowego opisu. Pamiętam to uczucie niemalże triumfu. Sądzę, że nie ja jedna. A i autora podejrzewam o podobne.
Z perspektywy czasu, cóż…

Chwali się autorowi, że książka jest wyrównana. Nie mówię tego złośliwie, naprawdę. Gdyby miał… no, niech mu będzie, 20 lat, uznałabym, że w przyszłości może być naprawdę nieźle. Że ma 40, to nie wiem co o tym myśleć. Że będzie dokładnie tak samo? Ale nie gorzej!
W każdym razie, nie sięgnę po kolejny tom. Jeśli ktoś z was będzie go czytał, możecie mi zrecenzować, chętnie posłucham.


I na zakończenie: być może tłumaczowi też się nie chciało tego tłumaczyć – nie mogę go winić, szczerze mówiąc. Niezależnie jednak na kim spoczywa odpowiedzialność, byłam na tyle znudzona czytaną książką, że na wieść, iż:
"Gdzieś z jej wnętrza rozległ się cichy chichot"
…wyobraziłam sobie śmiejącą się niepokornie wątrobę.



P.S. Ktoś na lubimyczytac w swojej opinii porównał tę lekturę do książek Bernarda Cornwella. Nie wierzcie w to. Bardzo lubię Cornwella.

sobota, 28 czerwca 2014

Axis mundi

Góra w Tybecie. Pielgrzymka na święty szczyt, Colin Thubron

„Czasami podróże zaczynają się, nim jeszcze postawi się pierwszy krok.”
Nie zdarzyło mi się jeszcze czytać podróżniczej historii tak osobistej (zwłaszcza w ten, moim zdaniem, niekonwencjonalny sposób; nie był to bowiem pamiętnik). Tak pięknej, smutnej i rozumnej, a w tym wszystkim intymnej i czułej. Miałam wrażenie, że Thubron pozwolił mi dyskretnie i z umiarem zajrzeć do swojego wnętrza i przez cały czas czułam się poruszona tym gestem.
Być może nie powinnam się przyznawać, ale zanim nie dotknęłam tej książki w księgarni, nie słyszałam o górze Kajlas. Cieszę się, że zdecydowałam się dowiedzieć więcej o świętej górze dla wyznawców hinduizmu, buddyzmu, dżinizmu i bon. Cieszę się, że opowiedział mi o niej Thubron. W tej podróży, dzięki jego sugestywnym opisom, wyobrażałam sobie surowe, piękne krajobrazy Nepalu i Tybetu; kwitnące kwiaty i śpiewające ptaki, które mijał po drodze. Niezależnie od osobistej nuty, był przygotowany i zaangażowany. Opowiadał o wcześniejszych zapisach, o podróżach, historii miejsc, które mijał, a wszystko to w sposób, który tak bardzo mnie zachwyca – zrównoważony, spokojny, subtelny.
I podróż, i książka są osobiste i pełne zadumy, zestawiając ze sobą europejskie i dalekowschodnie postrzeganie życia (i śmierci). Choć jest krótka, to nie mam poczucia niedosytu. Jest pełna, i jest właśnie taka, jaka powinna być. Jak zwykle w serii Orient Express oprawa graficzna jest nienachalna i pasuje do treści i tego dyskretnego tonu, w którym Thubron prowadzi nas na pielgrzymkę.

„Teraz istniejesz w barwie mojego głosu”.

czwartek, 6 marca 2014

Wracając do korzeni

Safari mrocznej gwiazdy. Lądem z Kairu do Kapsztadu, Paul Theroux


„Zaparkowawszy samochód, poszedłem do banku, żeby pobrać pieniądze z karty kredytowej.
- Transakcja potrwa trzy dni – oświadczył pracownik banku.
Afrykanin stojący za mną w kolejce westchnął solidarnie i powiedział:
- To nie powinno trwać dłużej niż godzinę. Odrażające.”

Nigdy nie byłam w Afryce. Jak się nad tym zastanowić, nie byłam nigdzie poza  Europą. O Afryce wiem niewiele, a to, co wiem, wywodzi się z epoki wielkich odkryć i kolonializmu, bo głównie w takich lekturach się z nią stykałam (i tylko takimi się interesowałam). To moja druga książka Paula Theroux i ta wydaje mi się bardziej osobista; co nie jest zaskakujące, biorąc pod uwagę, że jest podróżą wspomnień. Dała mi też do myślenia nad rzeczami, nad którymi wcześniej się nie zastanawiałam, a przynajmniej nie tak dogłębnie. Przede wszystkim nad długofalową dobroczynnością.

„-Tutaj przyszła powódź (…). Ludzi przesiedlono. Wprowadzili się nowi, bo mieli nadzieję na kolejną powódź, żeby rząd znalazł dla nich domy.”

Paul Theroux właściwie tę dobroczynność krytykuje. Zadaje pytanie: czemu po tylu latach działalności charytatywnej w Afryce wciąż jest ona potrzebna? Czemu nic się nie zmienia, a jeśli, to na gorsze? Porównuje obecną Afrykę z tą, którą opuścił ponad 30 lat wcześniej; tą, w której pracował jako nauczyciel, a wnioski nie są budujące. Nie wiem czy ma rację; nic nie jest czarno-białe, a z niektórymi z zarzutów ciężko się nie zgodzić. Jednocześnie trudno zabrać głos w takiej sprawie mając na poparcie swojego poglądu zdanie jednego autora, i brak innej wiedzy w temacie. Najważniejsze jest jednak to, że autor daje do myślenia. Że każe się zastanowić. Że przeszkodził mi w dalszej bezmyślności. Nie twierdzę, że zmieni to cokolwiek dla Afrykańczyków. Cieszy mnie jednak myśl, że rozszerzył choć trochę moje horyzonty.

Podoba mi się, jak Theroux opisuje miejsca. Nie krzykliwie i barwnie; przez to nabieram do niego zaufania. Dla niego ważna jest podróż. Zgodnie z tytułem, wciąż się przemieszcza i opisuje sposób, w jaki to robi. Nie jest to relacja turysty, który przyleciał na miejsce i opisuje dostępne atrakcje. Tym, w moich oczach, turysta zawsze różnił się od podróżnika; sądziłam, że podróżowanie wymaga wysiłku i chęci zrozumienia innych kultur, innych ludzi. Nawiązywania z nimi kontaktu poprzez swoją osobowość czy akceptację odmienności, dostosowanie się do nich. Nie chcę powiedzieć, że jest coś złego w byciu turystą, chcę powiedzieć: po co czytać książki turystów?

Muszę przyznać, że nie zawsze się z nim zgadzam, a konflikt, jak zwykle, leży na granicy królestwa zwierząt i ludzi. Jestem skłonna mu to wybaczyć; on interesuje się ludźmi, ja – nie. Moje studia nad ludźmi są okazjonalne i sprowadzane do kolejnego gatunku zwierząt i rozważań na podłożu literatury. On ich poznaje. Dlatego uwagi, z którymi mogłabym się nie zgodzić, są nieliczne. Tym bardziej mu wybaczam.

Na koniec takie spostrzeżenie:
„Kryterium jest sposób traktowania słabych – powiedział mi pewien człowiek w Chartumie. – Miarą cywilizowanego postępowania jest współczucie.”
Czy tak?

piątek, 31 stycznia 2014

Refleksyjnie

Villette, Charlotte Brontë

Chciałabym napisać coś niezwykłego. Napisać tekst, który można zapamiętać na zawsze i będzie nieodmiennie kojarzył się z tą powieścią. Najwyraźniej jednak nie potrafię; może nie jest to też powieść tak znów niezapomniana.
Jednak jest czarująca. Wciągnęłam się od początku, choć, rzecz jasna, trzeba pamiętać, że nie jest to powieść akcji, a na wszystko przychodzi czas i miejsce. Skądinąd, chyba to jest właśnie ta cecha, którą cenię w XIX-wiecznych powieściach. Mają czas dla opowiadanych historii. Mają czas dla czytelnika; czytelnik też powinien znaleźć dla nich czas. Nie chodzi o to, że emanują spokojem. Ale opowiadane historie płyną w swoim rytmie i wystarczy dać się im porwać, popłynąć z prądem.
O ile ktoś to lubi.

Kiedy na okładce książki przeczytałam, że Brontë oparła ostatnie swoje dzieło na wątkach autobiograficznych, od razu nasunęło mi się skojarzenie z „Profesorem”. Rzeczywiście, istnieją wyraźne podobieństwa między tymi dwoma utworami. O ile jednak, jak wspominałam już tutaj, „Profesor” został wydany pośmiertnie, a w mojej opinii – pisany dla samej siebie, to „Villette” jest wynikiem świadomych wyborów i tym, co autorka stworzyć chciała.
(Tutaj wspomnę, że Flamandczycy uwolnieni zostali od wpływu fizjonomiki na ich osobowość, a różnicom przypisano znaczenie głównie kulturowo-wychowawcze. I religijne, ale to poniekąd wynika z wychowania).

Popłynęłam więc z prądem opowiadania i śmiałam się cichutko na uroczych i celnych obserwacjach różnych typów ludzi (zarówno rodaków, jak i cudzoziemców) i zachwycając się dialogami. Charlotte Brontë wiedziała, kiedy zostawić dialog bez komentarza, a kiedy doprawić odpowiednią uwagą. Jest tak często czarująco sarkastyczna, a w tym dyskretna, że urzeka mnie do szaleństwa. Barwnie odmalowuje bohaterów, a jednocześnie główna bohaterka w większości pozbawiona jest złudzeń, ale nie tak niezbędnego dystansu. Szczerość i ironia sprawiały mi wiele przyjemności podczas lektury.

Jedynie może konflikt (o ile mogę tak to nazwać) papiesko-protestancki nie interesował mnie zbytnio; aczkolwiek za prawdziwą odczułam potrzebę katolików do nawracania innych i odmalowani są w dość rzeczywistym świetle. Na protestantyzmie nie znam się wcale i zabierać głosu nie mam zamiaru. Nie chciałabym rozstrzygać tego typu sporów. Mój brak zainteresowania nie zmienił realności przedstawionego problemu; ma głęboki uzasadnienie w toczącej się akcji.
O swoich własnych uczuciach główna bohaterka mówi z rodzajem rezygnacji i właściwie na uboczu wydarzeń, nie próbując przytłaczać swoją osobą pozostałych postaci. To, co mnie urzekło, to przyjmowanie rzeczy, które my uznalibyśmy za wadę, jako cechę po prostu, właściwą danej osobie. Jest w niej smutek niewypowiedziany wprost.

A gdzieś w trakcie czytania o tych wszystkich nastoletnich, pięknych dziewczętach, zachwycających świeżością cery i urodą rozkwitającego wiosennego pąka, przy których 25-letnie panny były zbyt stare i niepowabne, naszła mnie trzeźwa refleksja. Jaka świeżość skóry? Nie wierzę, żeby trądzik był chorobą cywilizacyjną, której wtedy nie znano.  Osobiście w wieku lat piętnastu czy siedemnastu rozkwitającego pąka to nie przypominałam (choć z cerą nie było najgorzej), a wyładniałam, jeśli mogę tak to ująć, jakieś dwa lata później.  A przecież te zachwyty nad nastoletnimi pięknościami, to nie Brontë jako taka. Czy ktoś się tym pensjonarkom uważniej przyglądał?

sobota, 21 grudnia 2013

Jeden dzień w baśni

Nieśmiertelny, Catherynne M. Valente

Już od roku stała na mojej półce i czekała na przeczytanie. I choć byłam zachwycona poprzednimi książkami autorki, tutaj niepokoiłam się, czy to aby książka dla mnie. Czy nie rzuci się cieniem na poprzednie czarowne historie.
Niepotrzebnie.
Jest zaklętą magią znajdującą się w zasięgu naszej dłoni.
Czułam się, jakby ktoś ubrał moje serce w słowa i udało mu się zmieścić je w dwóch zdaniach, a potem uplótł z nich całą historię, aby mnie jeszcze dręczyć. A dręczeniem tym byłam oczarowana.
Kościej Nieśmiertelny uwiódł mnie, uwodząc Marię, wprowadzając w baśń, w swój świat, który wiły, rusałki, leszy, Żar-Ptaki nazywają domem. Czego mogłabym chcieć więcej?
Wszystkie moje doświadczenia z „Ucztą Wyobraźni” dowodzą słuszności nazwy tej serii, a po uczcie „Nieśmiertelnego” czuję się zarówno syta jak i niespełniona, jakby karmiąc mnie opowieściami, jednocześnie karmił się moim sercem. Catherynne Valente kolejny raz doprowadziła moje serce do bólu z zachwytu i tęsknoty.
Niestety, korekta nie spisała się najlepiej. Błędy, które napotkałam, były niemiłym zgrzytem – caryca zmieniana na cara i z powrotem, a w jednym, żywcem z baśni wziętym fragmencie, pomylone uparcie imiona postaci. To było przykre w odbiorze, zwłaszcza drugi z tych błędów. Ale pominąć można niedoskonałości, gdy trzyma się w ręku prawdziwą Opowieść.
Ci, którzy lubią baśnie, baśnie słowiańskie, rosyjskie, i gdy lubią baśnie opowiadane inaczej, a jednocześnie z niezmiennymi, charakterystycznymi szczegółami, powinni sprawdzić, czy może ich również „Nieśmiertelny” nie oczaruje i nie pożywi się na ich sercu.

Bo opowieści chcą być opowiadane. Wciąż i wciąż na nowo. Ale czy nieprawdą jest, że nie można zmienić ich biegu?

piątek, 18 października 2013

Z poślizgiem

Florence + The Machine. Głos wszechmogący, Zoë Howe

Co prawda książkę przeczytałam już niemal miesiąc temu i wtedy też przygotowałam notatki do dzisiejszej notki, ale przez cały ten czas jakoś nie mogłam się zmobilizować do pisania. Może dlatego, że wrażenia mam jakby nieskonkretyzowane...
Może nie jestem wystarczająco dużym fanem Florence. Jestem przekonana, że stopień „fanowatości” zmienia odbiór tej pozycji; dla mnie wiele rzeczy było zbyt chaotycznych. Czas wymykał się spod kontroli, mknął w przód i wracał, nie podając konkretnych dat, a jedynymi odwołaniami czasowi były powstające piosenki , albumy, teledyski. Niestety, dopiero pod koniec odkryłam z tyłu książki spis tych wszystkich wydarzeń z podanymi datami. Nie wiem dlaczego przeoczyłam je wcześniej; nie ma też spisu treści, który naprawiłby moje niedopatrzenie. Gdybym wiedziała, że taki spis jest, musiałabym w nim umiejscowić drugą zakładkę, by zaglądać co chwila i upewniać się, w którym roku właśnie jestem. Do tego gdzieniegdzie znajdowały się dziwne błędy; nie literówki, ale złe formy gramatyczne.
Zasadniczo napisana jest jako prosta, łatwa i przyjemna pozycja, w takim amerykańskim stylu; jakby całą historię opowiadała ci twoja kumpela, wrzucając tu i tam własne komentarze a propos wydarzeń u waszych wspólnych znajomych. Raczej nie należy się spodziewać wyjątkowej głębi czy baśniowości. Wydaje mi się, że autorka nie potrafi malować słowem, albo po prostu nie miała takiego zamiaru. Niektóre teksty są przekoloryzowane, ale to również – nie wiem czy słusznie – złożyłabym na karb „amerykańskiego” stylu.

Trochę się podczas lektury pośmiałam, różne ciekawostki czytałam Bartkowi na głos – ogólnie lektura była zabawną, wakacyjną przyjemnością. I jako taką polecam dla wszystkich fanów (nie tylko tych z pierwszych koncertowych rzędów) Florence + The Machine.

niedziela, 29 września 2013

Tak bardzo nie na miejscu

Trzy metry nad niebem, Frederico Moccia

Może zwyczajnie jej nie zrozumiałam. Byłoby to pocieszające.
Od pewnego czasu interesowało mnie, co czytelnikom podoba się w książkach tego autora, więc ostatecznie sięgnęłam po jego debiut.

Prawda wygląda tak, że nie wiem, o co chodziło w tej książce. Nie wiem, czy chcę to wiedzieć. A do tego nie jestem pewna, kto konkretnie jest docelową grupą czytelniczą. Nastolatki, ale czemu autor zechciał napisać tę książkę dla nich?
Był taki moment, kiedy jakbym się wciągnęła, pamiętam, moment pod sam koniec opowieści…  ale nawet z tego nic nie wyniknęło. Trochę przelanych łez z powodu jednego z bohaterów, ale nie przybliżyło mnie to ani o krok do zafascynowania się nią.
Akcja (którą mogłabym opowiedzieć krok po kroku) jest i się toczy, ale nie widzę celu. O co konkretnie chodziło? Co miała mi przekazać? Podobno to historia o buncie i dojrzewaniu. Mam pewne wątpliwości, skoro jedynym warunkiem, by stać się z dziewczyny młodą kobietą, to stracić dziewictwo.
Przez 96% ebooka zastanawiałam się co i po co czytam (to ostatnie chyba nawet wiem: bagaże z drugą książką zostały w Paryżu i dotarły dopiero na następny dzień, a sądziłam, że lekki romans będzie dobrą lekturą w zastępstwie), na 97 procencie wzruszyłam się na chwilę i już sądziłam, że coś zmieni się w tej powieści, by przy 98% wrócić do poprzedniego skrzywienia warg. W czyjejś opinii spotkałam się, że fabuła jest intrygująca, zaskakująca. Cóż, to dobrze, że dla kogoś taka była… mnie nic nie zaintrygowało, nie zaskoczyło, i co więcej – nie wiem, co  miałoby tego dokonać.

Po tej lekturze trudno mi się nie zgodzić z krytyką twórczości Mocci opisanej na Wikipedii. Ponadto… właściwie nic mi się nie podobało, ani akcja, ani styl pisania. Może główny bohater, w którym rzeczywiście jest przemiana (to nadal trochę za mało, by nazwać całą historię opowieścią o dojrzewaniu). Mogę go zrozumieć. I choć czasem to wystarczy, by i tak cenić sobie powieść, dla mnie nie zdołał jej uratować, co najwyżej było mi go żal… (że trafił do tej powieści, zamiast jakiejś innej, barwniejszej i napisanej fascynującym językiem?).  Autor zniechęcił mnie do zapoznawania się z kolejnymi jego książkami, nie spodziewam się, by było w nich cokolwiek, co mogłoby mnie zainteresować, i (co uważam za smutne), nie wyobrażam sobie, komu miałabym je polecić.

(Na empikowej stronie książki jest napisane, ze to niezwykle wiarygodna i uniwersalna opowieść; ta wzmianka tylko mnie rozbawiła. Wiarygodna? Gdzie jest ten świat, w którym nastolatki albo pochodzą z bogatych domów, albo są chuliganami, i nie ma innych typów, innych ludzi? A wszystkim zależy tylko na seksie? Może to ja jestem niewiarygodna? I najwyraźniej nie jestem też uniwersalna).

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Liebster Blog

W zeszłym tygodniu od Queen Margot otrzymałam nominację do Liebster Award, za co jej serdecznie dziękuję. Odpowiedzi na pytania – i wymyślanie własnych – przyniosło mi dużo frajdy (i odrobinę frustracji ;))


Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia.  Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań, otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

A oto moje odpowiedzi na pytania:
 
1. Która lektura z dzieciństwa miała na Ciebie największy wpływ?
„Ronja, córka zbójnika” Astrid Lindgren. Myślę, że Ronja miała na mnie ogromny wpływ, a do tego Pupiszonki i Wietrzydła! Kochałam ją zawsze.

2. W świat jakiej książki chciałbyś/-abyś się przenieść?
Sama nie wiem, który ma priorytet. W dzieciństwie przodował „Władca Pierścieni” ex aequo z „Trzema muszkieterami”. Chwilowo pomyślałam o „Kole Czasu” Roberta Jordana, ale to dlatego, że aktualnie je czytam. Gdzie naprawdę chciałabym się przenieść? Do Krainy Czarów.

3. Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że Polacy mało czytają?
Tak sądzę. Nie mam aż tak wielu znajomych, z którymi mogłabym porozmawiać o książkach, ale w skali całego kraju muszę zawierzyć, że któryś spec od statystyk jednak przygotował je porządnie.

4. Gdzie kupujesz książki (Empik, antykwariat, internet)?
Zazwyczaj w dużych księgarniach, czasem zamawiam książki przez Internet, ale zbyt lubię dotykać książek przed zakupem i wybrać ten szczególny, mój egzemplarz, żeby rezygnować z tego. Przez Internet zazwyczaj zamawiam książki, które trudno dostać, oraz angielskojęzyczne pozycje.

5. Którą książkę ze swojej prywatnej biblioteczki uważasz za najbardziej wartościową?
Chyba „Mahabharatę”. Tak bardzo chciałam ją zdobyć i przeczytać; okazała się warta włożonego w to wysiłku (oraz przeuroczym dowodem na to, że historię piszą zwycięzcy).

6. Ekranizację jakiej książki najbardziej chciałbyś/-abyś zobaczyć?
„Lwów Al-Rassanu” Guya Gavriela Kaya. Głównie dlatego, że po przeczytaniu na okładce, że ekranizacja będzie, jakoś się na nią nastawiłam.

7. Czy zdarza Ci się podczytywać książkę czytaną przez kogoś w środku publicznego transportu?
A to nie tylko ja tak mam? :P Regularnie to robię, a przynajmniej próbuję podejrzeć okładkę.

8. Jakie czasopisma/magazyny, niekoniecznie związane z książkami, lubisz czytać najbardziej?
National Geographic, Świat Nauki, National Geographic Traveler.

9. Co, oprócz czytania książek lubisz robić w wolnych chwilach? Czy masz inne pasje, oprócz prowadzenia bloga oczywiście? :)
Pisać! Przede wszystkim pisać!
I zwierzęta… Opieka nad nimi jest moim celem życia.
Są oczywiście inne zajęcia w wolnych chwilach: szydełkowanie, nauka rysowania, rosyjski… Ale pasje tylko dwie.

10. Podziel się ciekawym cytatem z obecnie czytanej książki.
To było dla mnie trudne. Mam za to dwa cytaty i nie wiem czy którykolwiek będzie uznany za ciekawy. Robert Jordan i Brandon Sanderson, 13 tom Koła Czasu w wersji angielskiej, „Towers of Midnight”:
I. „There are always things of use around, if you look closely enough. You can’t stare at them too long. To learn but not be overwhelmed, that is the balance.”
II. “The axe only kills, (…) but the hammer can either create or kill. That is the difference”.

11. Czy masz swoją ulubioną okładkę?
Kiedyś moją ulubioną „okładką” była seria „Dzieci Ziemi” Jean Auel. Tomy zestawione grzbietami układały się w ładny krajobraz. Bardzo podobają mi się reprinty, nie tylko z powodu okładek, ale za całokształt wydania. Ponadto uważam, że angielskie wersje książek Murakamiego są bardzo ładne i pasują do powieści. Z moich własnych książek obecnie wybrałabym chyba Neila Gaimana „Gwiezdny Pył” w tej oprawie, oraz tych „Amerykańskich bogów”.

Mam też swoje pytania przygotowane dla nominowanych przeze mnie (choć póki co nie ma ich jedenastu, a jedynie jeden. A nuż się uzbiera z czasem).
Póki co pytania dla:
Miyi z http://among-the-worlds.blogspot.com/ (aczkolwiek sądzę, że odpowie chętnie na drugim swoim blogu. Poproszę o linka do notki w komentarzu :))


1. Do jakiej książki najczęściej wracasz?
2. Ostatnia książka którą czytałaś (czytasz) trafiła w twoje ręce przypadkiem, czy planowałaś jej przeczytanie?
3. Jaką książkę (z tych, które znasz osobiście) chciałabyś przeczytać jako pierwszą w życiu?
4. Czy istnieje gatunek którego nie czytujesz, a mimo to jakaś pozycja z niego zaskoczyła cię pozytywnie?
5. Do jakiej postaci chciałaś się upodobnić w dzieciństwie?
6. Z jakiej książki lepiej byłoby zrobić orgiami niż ją wydać? :P
7. Czy jest taka ekranizacja książki, której żałujesz, że powstała?
8. Do jakiej powieści (historii) chciałabyś dopisać dalszy ciąg?
9. Wolisz kupować czy wypożyczać?
10. Czy jest cytat z książki, który zapamiętałaś/zapisałaś i masz go do tej pory?
11. Co możesz powiedzieć dobrego o książce, którą czytasz obecnie?

piątek, 9 sierpnia 2013

Wczytana w powieść

Młyn nad Flossą, George Eliot

Tak niewiele mam do powiedzenia: że poleciłabym ją każdemu, kto lubi opisy przyrody w „Nad Niemnem” (a wiem, że istnieją tacy ludzie); tym, którym nie przeszkadzają dygresje, wolniutko tocząca się akcja i dywagacje; że jest piękna i smutna; że jednocześnie napisana została z humorem i przenikliwością, a z tego powodu fragmenty powieści odczytywałam innym; że jest o wyjątkowo zwykłych ludziach, nie bardzo biednych ani bardzo bogatych, i o środowisku małomiasteczkowym. Że podobało mi się powolne brnięcie z jednej strony powieści na drugą i że zauroczyła mnie całkowicie.

A jednocześnie nie czuję się kompetentna do pisania o tej książce. Ta krótka notka jest spowodowana pragnieniem, by nie została zapomniana. Myślę, że warta jest czytania i wracania do niej, jak wiele powieści XIX wieku, które wciąż i wciąż mnie przyciągają. Cenię sobie uwagi dotyczące osobowości i charakterów ludzi, oraz przeuroczy i błyskotliwy sposób ich opisania.  Chciałabym czytać takich pozycji więcej i więcej, bo czuję się przez nią wzbogacona, choć nie jest to trudna powieść.

Chciałabym, aby była czytana.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Zagadki czasoprzestrzeni cz. II: Paradoksy czasowe a grawitacja

Ruiny, Tropiciel tom II, Orson Scott Card

Mój umysł oszalał z radości.
Nadszedł ten wyczekiwany od miesięcy moment, kiedy mogłam kupić kontynuację „Tropiciela” Orsona Carda (recenzja I części tutaj). Przez chwilę zastanawiałam się, czy przypomnę sobie o co chodziło, minęło wszak trochę miesięcy i trochę książek. Ale pierwsze strony niezawodnie odświeżyły moją pamięć. Autor nie przypomina nam treści pierwszego tomu, ale same imiona bohaterów i wspomniane miejsca przywoływały moje wspomnienia.
Wciąż jest to świetna łamigłówka i pożywka dla umysłu i ciężko będzie mi dodać coś, czego nie napisałam już o „Tropicielu”. Jedynie sprawy komplikują się coraz bardziej i czasem rozważania logiczne bywają bardziej skomplikowane (chociaż nie powiedziałabym, że trudniejsze).
A ten cytat uznałam za uroczo autoironiczny: „Goście z Ziemi nie wierzą w istnienie podróży w czasie. Wszystkie ich teorie stwierdzają, że to niemożliwe, że wasze zmiany przeszłości to autodestrukcyjne pętle, które nie mogą się wydarzyć.”
Jest wszystko, co było poprzednio: zagadki, humor, lekkość pióra i ciekawe myśli, po części rozwinięcie poprzednich (powiązanie czasu i grawitacji), po części stworzenie nowych perełek i konceptów (jeden o wojnie bardzo mi się spodobał i myślę, że jest interesującym przytykiem do naszego świata, ale nie będę go cytować, bo zaraz rozpędzę się zanadto i zamiast opinii będzie zbiór cytatów).
Ale tym razem przede wszystkim skupiłam się na cudownym studium charakterów. Akcja toczy się z perspektywy różnych bohaterów, a my przeskakujemy między ich punktami widzenia. Narracja jest fantastycznie poprowadzona; naprawdę widać różnice w sposobie myślenia, ale i formułowania zdań między poszczególnymi osobami. I ot, przemyślenie: jak łatwo znając czyjeś myśli, rozumieć jego motywy bądź być dla niego wyrozumiałym. Poznajemy te myśli, ale pozostali bohaterowie nie, co powoduje konflikty, niezrozumienie, bądź zupełnie błędne wytłumaczenie sobie zachowania innych osób w grupie. To świetne ujęcie, rewelacyjnie rozpisane. Fascynujące studium interpersonalne. Spodobała mi się ta idea, że z jednej strony poznajemy myśli bohaterów, a z drugiej strony tak wyraźnie możemy obserwować brak tej wiedzy u innych.  Doceniam też kunszt warsztatowy, który zagwarantował, że czytałam to z taką ciekawością.
Poza tym bohaterowie są tacy prawdziwi.
Chciałam też zaznaczyć, że nie przewidziałam zakończenia (żeby tylko zakończenia…) i nie wiem, co dalej może się wydarzyć. Jak bardzo chciałabym trzeci tom! Skończyłam czytać z „TERAZ? Nie możesz teraz skończyć!”, „Co dalej będzie?!” i „Kiedy premiera trzeciego tomu?”. Podejrzewam, że autorzy są wyjątkowo zadowoleni z takich reakcji czytelników. Ja nieco mniej, bo nie wiem, kiedy ta premiera może być…
(Znów niby znalazłam błąd, który po przeczytaniu całej książki umiałam sobie wytłumaczyć. Czy to będzie już reguła?)

Podsumowując: jest to wyrównana, bardzo dobra kontynuacja, na ile tylko mogę to stwierdzić, nie czytając jednej książki po drugiej. Jestem bardzo, bardzo zadowolona.
Tylko nie wiem, co mają okładki tej serii do jej treści. Aczkolwiek wyglądają ładnie.

środa, 19 czerwca 2013

Mukashi banashi

Bezpowrotna góra. Baśnie japońskie, Zbigniew Kiersnowski

Uwielbiam baśnie. A gdy tylko ukazała się pierwsza książka z serii Baśnie Świata wydawnictwa Media Rodzina (był to „Żółty Smok”), zakochałam się w tej serii.
Jedyne, czego bym pragnęła, to aby wszystkie tomy były równie grube jak pierwszy. Im więcej baśni, tym lepiej.
Japońskich baśni jest 21, a wiele z nich uroczo znajomych; przypominają mi Kopciuszka, Szklaną Górę – w całości, albo jedynie we fragmentach. Ale nawet w tych podobnie brzmiących historiach, których motywy są znajome, szczegóły są wciąż interesujące i przyciągają uwagę. Chciałabym też zaznaczyć za autorem, że „nie jest to bezpośrednie tłumaczenie – raczej nowa interpretacja oparta wyłącznie na oryginalnych japońskich źródłach”.
Chociaż chciałabym, aby ktoś mi wyjaśnił, o co tak dokładnie chodziło w pierwszej z nich. Czegoś w zakończeniu poważnie nie rozumiem.
Zachwycając się samymi baśniami, nie mogę nie wspomnieć o graficznej stronie książki, a jest ona (podobnie jak pozostałe zbiory baśni z cyklu) przepięknie wydana i ilustrowana. Przyjemnie jest na nią patrzeć – co robię właśnie w tej chwili.


A same baśnie to w większości podróże. Do Ogrodu Niebios, do Krainy Zmarłych, do innych królestw, na Bezpowrotną Górę, albo wyspy potworów. Z 21 baśni, chyba tylko w trzech wędrówka przez świat (światy) nie była ważnym elementem historii. Dlatego będzie to pierwsza z podróży na kraniec świata.
Notka króciuteńka, ale cóż pisać o baśniach… Kto lubi (i nie ma sporego zbioru japońskich baśni, co by nie wzdychał co chwila, mówiąc, że już to zna; no, chyba, że lubi szukać różnic w tych samych historiach), niech spróbuje.
Co do tytułu notki, Mukashi banashi to podobno baśnie po japońsku, inaczej opowieści o tym jak to było dawno dawno temu i działo się hen, za górami, za lasami. Tak twierdzi autor, a ja nie mam powodu mu nie wierzyć.

piątek, 24 maja 2013

Wiły


Tytułem wstępu: Opowiadanie napisałam na konkurs Dni Fantastyki pt. „Klasyczna baśń w nowoczesnym wydaniu", który to temat jest wyjątkowo obszerny i ogólny. Wybrałam "Kwiat paproci" i tak powstało niniejsze opowiadanie, które w założeniu miało być krótkie - i jest. Nie jestem pewna czy miało być opowiadaniem erotycznym, ale się nim stało i tym sposobem powstało moje pierwsze opowiadanie erotyczne w życiu. Sama nie wiem co o tym myśleć. Wciąż nie znalazłam dobrego tytułu, dlatego jest taki, jaki jest.


 

- Chodź z nami – szepnęła dziewczyna. Chociaż chowała się za krzakami jeżyn, Jackowi wydawało się, że nie ma na sobie ani skrawka ubrania. Blada skóra wyróżniała się w nocy i pobudzała jego wyobraźnię. Nerwowo przełknął ślinę. Podejrzewał, że jest rusałką.
- Z wami?
Z szelestem odsuwanych gałęzi za plecami dziewczyny pojawiły się kolejne dwie panny, najwyraźniej siostry pierwszej. Chichotały i zerkały na niego z ciekawością. Piersi jednej z nich były doskonale widoczne, a ogień kupalnych ognisk nadawał jej skórze ciepłą barwę. Stanęła obok siostry. Poczuwał oblewającą go falę gorąca.
- Chodź, będziemy się świetnie razem bawić. – Uśmiechnęła się szeroko. Na długich, rozpuszczonych włosach nosiły wianki z polnych kwiatów, a oczy skrzyły się życiem, ogniste, namiętne. Zauważył to, gdy udało mu się oderwać uwagę od jasnej, gładkiej skóry i sterczących sutków. Musiały być rusałkami. Ponownie przełknął ślinę, a wtedy pierwsza podeszła o krok i zapraszająco wyciągnęła do niego rękę. Zdecydowanie była naga; teraz mógł dojrzeć zarys jej lewej piersi i kształtną linię biodra. Uśmiechnęła się łobuzersko, a w jasnych oczach migotało ognisko. Z westchnieniem chwycił wyciągniętą dłoń, a wszystkie trzy zachichotały. Obejrzał się jeszcze, ale nikt ze zgromadzonych wokół ogniska ludzi nie zerknął nawet w ich stronę. Pociągnęły go niecierpliwie, więc posłusznie ruszył za nimi w głąb lasu. Tak jak sądził, wszystkie były nagie. Nie zdołał stłumić kolejnego westchnienia.
- Chodźmy głębiej, by nikt nas nie słyszał. – Najmłodsza uśmiechnęła się kusząco pełnymi wargami. W tym samym momencie poczuł pod koszulą ciepłą dłoń. Trzecia schwyciła go za rękę. W lesie ich skóra straciła ciepłą barwę, ale blade wciąż były dość dobrze widoczne i piękne.
Dłuższy czas przedzierali się przez las, który plątał stopy, łydki i kolana, zatrzymując ich bogactwem krzewów, nisko płożących się malin,  paproci i korzeni. Jacek z trudem brnął naprzód, nie mogąc się skupić na omijaniu przeszkód, gdy ręce dziewcząt zdawały się żyć własnym życiem na jego ciele, a jedna musnęła twardą wypukłość w spodniach. Jęknął, a one roześmiały się ponownie; nie słyszał nic poza ich śmiechem, a siostry przykładały jego dłonie do swoich piersi, ściskając je i gładząc.
Gdy wędrówka zaczęła przypominać okrutną torturę, jedna zatrzymała się.
- Może tutaj? Mamy dywan z paproci.
Przytaknęły i spojrzały na niego pytająco.
- Gdziekolwiek – odpowiedział słabym głosem. Roześmiały się; ciągle się śmiały, co było dziwne, ale i urocze. Okrążyły go, ściągając mu koszulę i rozsznurowując spodnie. Przyciągnął jedną bliżej, zsunął dłoń z jej piersi niżej, a ona jedynie oblizała się lubieżnie. Nawet w lesie ich oczy wydawały się iskrzyć.
Druga popchnęła go, a wywracając się pociągnął za sobą wszystkie. Wylądowali dość miękko na grubej warstwie paproci, z trzaskiem pękających łodyg. Zapiszczały, zaskoczone, ale chwilę później już kontynuowały pieszczoty. Widział przed sobą ich splątane w nieładzie włosy, kołyszące się pełne piersi. Złapał za pośladek klęczącą obok dziewczynę i ścisnął ją, sięgając niżej. Z drugiej strony jej siostra przysiadła na piętach i wychylając się w tył, rozchyliła uda. Sięgając do niej drugą ręką, poczuł na sobie miękkie, gorące usta i jęknął. W tym momencie dłoń zaplątała mu się w jakąś roślinę. Szarpnął ręką, próbując się uwolnić, ale wydawało się, jakby każdy palec z osobna splótł się z łodyżką. Szarpnął ponownie, przekręcając głowę, by spojrzeć na roślinę, która go zatrzymała. Dziewczyna zerknęła w ślad za jego spojrzeniem i sapnęła, zaskoczona.
- Znalazłeś kwiat paproci!
W tym momencie udało mu się urwać nieszczęsną roślinkę, która omotała mu palce. Przybliżył ją do oczu, a siostry przyglądały mu się w nabożnej ciszy.
Pięć płatków mieniło się złoto nawet w ciemnościach, a środek zdawał się śmiać do niego. Jacek podparł się na łokciu, patrząc na dziewczyny.
- Kwiat paproci? Ten kwiat? Poważnie?
Przytaknęły, a jedna wskazała obok jego głowy.
- Stamtąd go zerwałeś. Z paproci. Widać łodyżkę. Paprocie nie mają kwiatów.
Obejrzał się i przyjrzał uważnie. Urwana łodyżka na wyciągnięcie ręki. A w ręku trzymał kwiat, jakiego nigdy nie widział. Kwiat śmiał się i błyskał złotawo do Jacka.
- Musisz go zabrać ze sobą. – Najmłodsza z sióstr, siedząc okrakiem na jego udach, wpatrywała się z przejęciem.
- Jasne – odpowiedział i na chwilę położył go na piersi, rozglądając się za koszulą. Ledwo go położył, kwiat momentalnie przylgnął do skóry.
- No tak. Teraz go nie zgubię. – Dziewczęta zachichotały. Jednak gdy sięgnął dłonią do jednej z nich, nie były już tak chętne, jak wcześniej, a ich oczy patrzyły złowrogo. Zmarszczył brwi i chciał coś powiedzieć, gdy uderzyła go przenikliwa cisza, jaka zapanowała w lesie. Usiadł, rozglądając się niespokojnie.
Zaraz za nim, nieco tylko zasłonięta przez drzewa, znajdowała się polana. Ogniska strzelały iskrami aż po rozgwieżdżone niebo. Rusałka wciąż trzymała dłoń płanetnika, z którym skakała przez ogień, a teraz wpatrywała się w Jacka i otaczające go dziewczęta wielkimi, przerażonymi oczami. Była do nich podobna, drobna, naga, z wiankiem z ziół na jasnych włosach. Wokół ogniska Jacek widział czarownice, ogniste latawce, upiory, strzygi i wodniki, liczne skrzaty i płaczki, a w głębi polany z przerażeniem dostrzegł pięciogłowego smoka. Wszyscy stali w bezruchu, wpatrując się w Jacka. Wokół ogniska, na olbrzymich paprociach kwitły drobne, kolorowe kwiaty, niepodobne do złotego kwiatu na piersi Jacka. Dziewczęta przy jego boku wstały.
- Nie rozumiem – powiedział, w osłupieniu obserwując leśne ognisko. Nim zdążył cokolwiek pojąć, kwiat zapuścił korzenie wprost do jego serca. Nie dostrzegł tego od razu, obracając się do sióstr.
Stały, obserwując go z zadowoleniem. Ich piękne twarze miały złośliwy, okrutny wyraz, a wśród zdeptanej roślinności widać było dobrze ich nogi, poniżej kolan zmieniające się w kozie.
- Wiły – szepnął.
Najstarsza przytaknęła z uśmiechem. Nachyliła się do niego.
- Kwiat może ci dać, czego zapragniesz. Pamiętaj tylko, że z nikim nie wolno ci się tym dzielić.
Korzenie głęboko w jego sercu nie pozwoliły mu zaprotestować. Więcej, czuł zadowolenie, że spotkanie z wiłami skończyło się dla niego tak szczęśliwie. Tylko smutne oczy rusałki niepokoiły go przez chwilę.

W ciągu kilku lat we wsi wszystko się zmieniło. Tajemniczym sposobem Jacek został panem i zamieszkał we dworze. Ludzie szeptali o nieczystych mocach, ale bali się odezwać głośniej. Kiedy ojciec przyszedł z prośbą o pomoc, Jacek milczał, jakby miał żelazny pancerz zamiast uczuć. Gdy ojciec odszedł, Jacek pił, hulał i wychłostał paru ludzi dla poprawy nastroju, a kwiat mocno ściskał mu serce.
Najpierw umarł ojciec, potem matka i siostra Jacka, z biedy, chorób i ciężkiej pracy. Nikt nie przekazał mu wieści, a on nie pytał o rodzinę, kiedy kolejne kapele przygrywały do tańca, zagłuszając krzyki bitych i poniewieranych.
Aż ludzie zbuntowali się, z widłami wdarli do dworu, rozsiekali pana, co dawniej wieśniakiem był jak oni, a gdy na wszelki wypadek serce przebijali kołkiem, nie zauważyli, jak zasuszony kwiatek odpadł od martwej już skóry Jacka.
Wiły tańczyły na jego grobie, śmiejąc się serdecznie.